Obiektywny postmodernizm

Postmodernizm mówi:

Nic nie jest obiektywne oprócz relacji władzy w społeczeństwie, które są nie tylko obiektywne, ale i mierzalne.

Wzór na grawitację jest tylko tekstem, 2 + 2 nie musi równać się cztery, dowodzenie zależności między wysokim podatkiem dochodowym i wysokim bezrobociem to jedynie burżuazyjne sofizmaty, ale hegemonia patriarchatu jest obiektywnie prawdziwa i bezdyskusyjna.

Postmodernizm

Dyskutowanie z postmodernistą z pozycji esencjalisty jest trudne, jeśli nie z góry skazane na porażkę, ponieważ relatywizm to niezwykle skuteczny oręż. Postmodernizm ma jednak piętę achillesową – sam siebie obala. Przykłady:

– Nie istnieją obiektywne prawdy w ekonomii.
– Czy masz obiektywne argumenty, żeby to udowodnić?

– To, co mówisz, jest logiczne, ale tak naprawdę to wszystko jest tylko tekstem.
– Stwierdzenie „wszystko jest tekstem” jest tylko tekstem.

– Używasz swoich absurdalnych anarchokapitalistycznych tez, żeby utrzymać pozycję dominacji klasy społecznej białych mężczyzn.
– Używasz hegemonii postmodernistycznej narracji, żeby utrzymać pozycję dominacji próżniaczej i pasożytniczej klasy społecznej nad uciskaną mniejszością anarchokapitalistyczną.

W dyskusji z postmodernistą należy być zawsze stroną bardziej postmodernistyczną.

Psychologia

Jest coś fascynującego w fakcie, że psychologii jako nauce amoralnej, na wskroś nietzschańskiej i niebezpiecznej udało się zawładnąć mainstreamem. Fruwa ona ponad dobrem i złem, pozornie unika wartościowania, ale jest wyraźnie normatywna. Zachęca do spełniania siebie, nawet jeśli oznacza to zaprzeczanie normom społecznym, kulturowym czy moralnym. Krytyka przebija się tu i ówdzie („Antychryst” Larsa von Triera), jednak psychologia wychodzi obronną ręką, nie podejmując dyskusji. Kontrowersyjne tezy przemyca niezwykle zgrabnie – przebrane za mądrości dawnych kultur lub medytacje dojrzałych, przystojnych mistrzów życia. Nie konfrontuje czytelnika nigdy z samym trzonem swojej aksjologii. Okopała się skutecznie bastionie zbudowanym z pism kobiecych i poradników życiowych. Jej pozycja w głównym nurcie wydaje się nie do ruszenia.

Czy libertarianizm dałoby się sprzedać podobnie?

Trzy wielkie religie

Wyróżniam trzy wielkie religie:

  • teizm
  • etatyzm
  • gaizm

Tłumią one metafizyczne przerażenie związane z brakiem czuwającego nad naszym życiem rodzica, z brakiem wyższej instancji, która nadawałaby sens istnieniu – wyższy sens od tego, który może nadać istnieniu sam człowiek, obarczony przecież wadami i pogubiony.

Do pierwszej kategorii zaliczam wszystkie klasyczne nurty religijne. W teizmie rodzicem jest, rzecz jasna, ponadnaturalna świadomość – zwykle stworzyciel świata i opiekun ludzkiej duszy po śmierci ciała.

W etatyzmie rodzicem jest instytucja, która nadaje tworzącym ją ludziom cechy boskie. Nawet jeśli poszczególni urzędnicy są ludźmi obarczonymi typowo ludzkimi wadami, to jednak instytucja jako całość ma bezwładność nadaną jej przez autorytety, mężów stanu, ojców założycieli. Owi herosi współczesnego świata nadali instytucji bieg i właściwy kształt za sprawą słów – konstytucji, kodeksu. Zasiadanie w instytucji do czegoś zobowiązuje, a więc sama aura bijąca z instytucji wydobrza. Ludzie naznaczeni przez instytucję stają się pełnoprawnymi dorosłymi i rodzicami dla pozostałych – dla pogubionych i niedoskonałych śmiertelników.

Przez gaizm rozumiem wiarę w metafizyczną celowość natury i jej moralną wyższość nad wytworami ludzkimi. Rodzicem jest więc Gaja, duch poruszający naturą. Natura nie jest już dziełem przypadku, lecz ma wyższy sens. Natura zaopiekuje się człowiekiem, a nie zabije go, jeśli ten zechce żyć w harmonii z nią. Nieteistyczni wyznawcy gaizmu niechętnie przyznają się do wiary w panteizm, jednak wiara ta jest implicite zawarta w ich przekonaniach. Gaizm stoi za wszelkimi błędami naturalistycznymi, dużą częścią ruchów ekologicznych, jak i prawnonaturalną etyką.

Ateizm jest niezwykle rzadką postawą.

Reductio ad Hitlerum

Libertarianie spotykają się często z zarzutem, że w swojej filozofii próbują być zbyt spójni i zbyt konsekwentni, że usilnie próbują zbudować ideologię, która „ma sens”. Pada wtedy często oskarżenie:

Istnieje niebezpieczeństwo, że upodobnisz się do Hitlera.

Ale to przecież oznacza, że adwersarz uważa, iż filozofia Hitlera jest spójna, konsekwentna i ma sens…

Pragmatyzm

Kto na pytanie o swoje zasady odpowiada:

jestem pragmatykiem

tak naprawdę mówi:

jestem bardzo zdeterminowany żeby osiągnąć swój cel, ale nie wyjawię Ci go

Cel jest zawsze subiektywny i arbitralny. Pragmatyzm oznacza przedłożenie pewnej konkretnej idei, celu, ponad wszystkie inne idee i zasady, ponieważ wyraża gotowość do łamania ich, jeśli pozwoli to dotrzeć do obranego celu najkrótszą drogą. Pragmatyzm nie jest więc antonimem idealizmu. Pragmatyzm jest rodzajem idealizmu zafiksowanym na jednej konkretnej idei.

Libertarianizm

Najkrótsza, najpełniejsza i najbardziej klarowna lista zasad etyki libertariańskiej:

  • zbiór zachowań nielegalnych jest podzbiorem zachowań niemoralnych
  • przemoc fizyczna może być użyta jedynie do obrony przed zachowaniami nielegalnymi lub w ramach odwetu za nie
  • prawo własności istnieje i oznacza wyłączność na rozporządzanie dobrem rzadkim
  • prawo własności może zostać przekazane innej osobie
  • prawo własności obejmuje:
    • posiadanie samego siebie
    • posiadanie rzeczy, które nie były posiadane przez nikogo w momencie, gdy przekształciliśmy je swoją pracą
  • łamanie praw własności innej osoby jest nielegalne

Niby ścisłe, a jednak pełne światłocieni i dowolności interpretacyjnych.

Demokrateizm

Współczesność przypomina pod pewnym względem okresy poprzedzające oświecenie. Przekonanie o istnieniu Boga było wówczas niepodważalne, było podstawą ucywilizowania. Obnosili się z nim filozofowie i naukowcy, nawet jeśli ich własne odkrycia demaskowały faktyczną naturę rzeczy i potoczne przekonanie o roli boskich interwencji w obserwowanej rzeczywistości – musieli zawsze znaleźć miejsce dla Boga w swojej filozofii, obudować ją wokół niego, a czasem wręcz brać go za podstawę i punkt wyjścia, iść na kompromisy, ucinać rozmyślania tuż przed dotarciem do ostatecznych konkluzji. Podważenie wiary w Boga było równoważne nihilizmowi. Ateizm oznaczał chaos, nieprzewidywalność i brak reguł etycznych. Przyznanie się – przed samym sobą nawet – do ateizmu było równoznaczne z wykluczeniem siebie samego ze świata ludzi cywilizowanych, rozsądnych i dojrzałych.

Wiara w demokrację jest dzisiaj powszechnie wyznawana na identycznych zasadach.

Prakseologia trwałości władzy

Wstęp

Od dłuższego czasu interesuje mnie temat prakseologii władzy. Co sprawia, że systemy polityczne stanowią relatywnie trwały układ? Spróbuję nakreślić spójną i logiczną autorską narrację dziejową zainspirowaną pracami Franza Oppenheimera.

Kształt systemu władzy ulegał na przestrzeni dziejów wielokrotnym przekształceniom. Każdy etap owego przekształcenia musiał tworzyć trwały ład – inaczej ewolucja władzy nie byłaby możliwa i za każdym razem społeczeństwo niczym wahadło wracałoby do stadium anarchii. Byłoby to niezgodne z obserwacją, która wskazuje na progresywny charakter przekształceń. Spójna narracja dziejowa musi więc wziąć pod uwagę i wytłumaczyć fakt trwałości każdego kamienia milowego w rozwoju władzy.

Czasy pierwotne

Wydaje się, że wszystko zaczęło się od anarchii. Pomysł władzy wyniknął z niej jako próba bardziej efektywnego wykorzystania swoich ponadprzeciętnych zdolności – zdobycia pożywienia mniejszym kosztem i przy mniejszym narażeniu życia.

Jeśli przyjmiemy hipotezę Franza Oppenheimera, pierwszym władcą był samiec alfa, który za sprawą swoich osobistych cech fizycznych i umysłowych zdołał podporządkować sobie garstkę niewolników. Władca rościł sobie prawo do części ich zdobyczy, wykonując przy tym jedynie ułamek pracy, jaką musiałby wykonywać w stanie anarchii. Trwałość takiego układu opiera się na bezpośrednim zastraszeniu garstki niewolników.

W celu poszerzenia swojej strefy wpływów władca potrzebuje wspólników – armii, nadzorców, którzy podobnie jak on cechują się ponadprzeciętną krzepą i sprytem. Uzyskujemy wówczas układ trzech stron – władcy, armii i niewolników. Niewolnicy wciąż podlegają bezpośredniemu zastraszeniu. Trwałość układu jest jednak zagrożona ze strony armii – z definicji uzbrojonej i silnej. Co sprawia, że system się wciąż utrzymuje?

Żołnierz jest w lepszej sytuacji, jeśli pozostaje w systemie, niż gdyby miał wrócić do pierwotnej anarchii i pozbyć się swojego udziału w zyskach pochodzących z niewolnictwa. Byłby jednak w jeszcze lepszej sytuacji, gdyby pokusił się o detronizację i przejął berło uzurpatora. Pozostałym żołnierzom nie robi różnicy, kto zasiada na tronie, o ile nie zagraża to stabilności systemu. Nie są jednak nigdy całkowicie pewni intencji uzurpatora. Dla bezpieczeństwa więc za każdym razem staną w obronie władcy, dopóki będą mieli przekonanie, że ów władca sam nie zagraża równowadze. Z tej perspektywy można też zresztą spojrzeć na dziedziczenie tronu – korzysta z niego zarówno władca, który realizuje naturalną potrzebę przedłużania swojego rodu, jak i armia, która realizuje potrzebę stabilności i bezpieczeństwa. Konstytuuje się specyficzny kartel – trwały o tyle, że utrzymywany zbrojnie. Karą za wyłamanie się z kartelu jest śmierć.

Monarchia

Wraz z rozwojem farmy władca zaczyna dostrzegać korzyść płynącą z miękkich form perswazji, które umożliwią mu utrzymanie niewolników w ryzach mniejszym kosztem. Zatrudnia świtę nowych pomocników – malarzy, duchownych, kronikarzy – ludzi, którzy parają się tworzeniem wizerunku władcy. Władca ma być niedostępny, ulepiony z innej gliny, wszechmocny. Perspektywa buntu, fizycznego ataku na władcę powinna się wydawać abstrakcyjna, nieskończenie odległa, absurdalna niczym zbrojny atak na boga. Tworzy się bogata symbolika władzy.

Kolejnym krokiem, epicką wręcz woltą w kreowaniu wizerunku jest takie jego ukierunkowanie, aby władca przestał wydawać się jedynie nieosiągalny, ale żeby jednocześnie zaczął się wydawać niezbędny. Jest to jeden z najistotniejszych kamieni milowych w rozwoju władzy. Dzięki owej wolcie w każdym niewolniku rośnie jednocześnie osobowość nadzorcy. Władca staje się zarówno namiestnikiem boga, jak i przedstawicielem ludu, gwarantem ładu i pokoju. Efektywność systemu zwiększa się drastycznie. Król może żądać coraz wyższych danin i jednocześnie inwestuje coraz więcej środków w miękką perswazję. Część środków wraca do niewolników w nagrodę za ich służbę, co dodatkowo zachęca do stawania po stronie władcy. Sytuacja staje się o tyle paradoksalna, że o ile w poprzednich etapach armia realnie zyskiwała na istniejącej hierarchii, o tyle na tym etapie nad stabilnością kartelu czuwają już prawie wszyscy niewolnicy. Dzieje się tak, pomimo że z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością większość niewolników na istnieniu pasożytniczego systemu nie korzysta.

W tym momencie utworzył się już bardzo długi łańcuch historii zniewolenia. Ludzie nie mają możliwości dokonania realnego porównania swojej sytuacji ze stanem anarchii. Mogą jedynie wybiec wstecz do czasów rządów poprzednika. Władca dba o to, aby jego rządy zapisywały się na kartach historii jako krok wprzód. Kronikarze przedstawiają go jako naturalnego kontynuatora drogi jego przodków, drogi, która pozornie ma prowadzić ku coraz większemu szczęściu jego poddanych. Dopóki stan niewolników nie pogarsza się drastycznie względem rządów poprzednika, władca może być spokojny o równowagę systemu.

Demokracja przedstawicielska

Najbardziej fascynującym i najtrudniejszym do analizy etapem wydaje się skok ku nowoczesnej demokracji przedstawicielskiej. Ciężko początkowo zrozumieć, jak to możliwe, że utrzymuje się system, w którym władcy cyklicznie i dobrowolnie abdykują. Stalin ponoć nie mógł się nadziwić, że amerykańscy prezydenci, z jego perspektywy – „najpotężniejsi ludzie świata”, z własnej woli przestają nimi być co pięć lat.

Bliższe przyjrzenie się demokracji ukazuje jednak ciekawą prawidłowość, którą niektórzy nazywają obrotowym stołem władzy - politycy bardzo rzadko, o ile w ogóle, od owego stołu faktycznie odchodzą. Istnieje wiele przyczyn ku temu. Polityk nie podpisuje z wyborcą umowy, wyborca nie może pociągnąć polityka do odpowiedzialności za niespełnione obietnice – jest to powszechnie wyczuwany fakt. Relatywnie racjonalny wyborca przedkłada znane zło nad patykiem po piasku pisane przyrzeczenia. Tak więc sami wyborcy dbają o status quo obrotowego stołu władzy. Innym powodem takiego stanu rzeczy może być racjonalna ignorancja – wyborca zdaje sobie sprawę ze swojego małego wpływu na aparat władzy, więc nie poświęca zbyt dużo czasu na studiowanie poszczególnych opcji. W mojej ocenie pierwszy powód jest jednak mocniejszy i bardziej przekonujący.

Po bliższym zbadaniu widzimy więc, że demokracja przedstawicielska jest czym innym, niż nam się początkowo zdawało. Władca nie abdykuje. Zrobił po prostu miejsce przy stole kilku podobnym sobie, zyskując przy tym dużo więcej, niż widzimy na pierwszy rzut oka. Żaden władca nie jest już osobiście odpowiedzialny. Z dużo mniejszym prawdopodobieństwem ginie po przegranej wojnie z innym władcą lub uzurpatorem. Coraz częściej zamiast wojny – zagrożenia dla stabilności systemu i szerokiego strumienia podatków – wybiera dopuszczenie do stołu nowych osób. Farmy wraz z odpowiadającymi im stołami władzy rozrastają się i łączą, zmierzając w kierunku jednej ogólnoświatowej farmy i jednej ogólnoświatowej władzy – systemu perfekcyjnego z punktu widzenia władców.

Fukuyama mógł mieć rację. System demokratyczny – szczególnie w jego prawdopodobnym przecież, ogólnoświatowym wydaniu – wydaje się być nienaruszalny. Obywatele mają błędne przekonanie o swoim sprawstwie, o swojej kontroli. Mogą od czasu do czasu obrócić stół władzy, co daje im złudzenie, że sami przy nim zasiadają. Tworzy się cała nowa gałąź rozrywki – polityka. Ludzie zajmują stanowiska, przyjmują poglądy polityczne, kibicują swoim, emocjonują się i dyskutują o teatrze odgrywanym przy stole władzy. Jakikolwiek atak na władzę traktują więc jako atak na samych siebie – przecież to oni są władcami. Osobowość niewolnika i nadzorcy jest już idealnie zespolona w każdym obywatelu.

Jedynym zagrożeniem dla systemu demokracji przedstawicielskiej wydaje się być wysoka preferencja czasowa władców. Brak tradycji dziedziczenia i obrotowy charakter władzy skłaniają, jak słusznie zauważył Hoppe, do większego eksploatowania zasobów, co w konsekwencji może spowodować ogólnoświatowy kolaps systemu i stanowić nowy kamień milowy w historii naszego zniewolenia. Być może najbardziej spektakularny.

Podsumowanie

Popularna narracja dziejowa pokazuje progres ludzkości ku coraz większej wolności. Przedstawiona przeze mnie narracja pokazuje raczej progres systemu władzy ku coraz skuteczniejszym metodom pasożytnictwa, co paradoksalnie oznacza czasem większą swobodę żywicieli w niektórych obszarach ich życia. Przyjmując popularną narrację możemy widzieć libertarianizm jako naturalny krok w rozwoju. W kontekście przedstawionej narracji libertarianizm jest, niestety, radykalnym zaprzeczeniem odwiecznego charakteru i kierunku zmian.

Kreśląc ową możliwą narrację dziejową starałem się utrzymać zasadę braku samoświadomości instytucji. Zachowanie każdego aktora w tym scenariuszu było analizowane z punktu widzenia jego osobistych korzyści i tego, jak z nich wynika obserwowana trwałość systemu władzy. Fascynujące, że w skali makro tworzy to bardzo spójny, pesymistyczny obraz ewolucji władzy, która niczym lodowiec prze od tysiącleci w ustalonym kierunku.

Niechęć do zmian

Ludzie często protestują przeciwko koncepcji anarchii z powodu strachu przed rewolucyjnymi zmianami, a dokładniej – przed ich nieprzewidywalnymi skutkami.

Paradoksalnie jednak powinno to skłaniać do opowiedzenia się za anarchią. Im większa koncentracja władzy, tym większe prawdopodobieństwo, że zostanie użyta do wdrożenia radykalnej zmiany. Jednomyślność natomiast jest trudna do osiągnięcia, więc w systemie rozproszonej władzy trudniej o zdecydowane działanie w jednym kierunku i przesunięcie środka ciężkości w stronę któregokolwiek ekstremum.

Anarchia jest najbardziej statycznym spośród systemów.