Moje poglądy etyczne

Poniżej przedstawiony kodeks etyczny kwalifikuje mnie nurtu libertariańskiego jedynie w połączeniu z moim prywatnym sumieniem. Nie należy go mylić z oficjalną wykładnią libertarianizmu.

  1. Przez zasady moralne rozumiem ograniczenia, które jednostka narzuca na samą siebie.
  2. Zasady moralne nie muszą być opisywalne przy użyciu słów.
  3. Niepodjęcie działania może być niemoralne.
  4. O tym, czy określone działanie uważam za moralne, decyduje moje sumienie oraz rozum, który podpowiada, że:
    1. Wysłużenie się inną osobą lub grupą osób w celu dokonania czynu niemoralnego nie zdejmuje ze mnie odpowiedzialności za ów czyn.
    2. Dokonanie czynu niemoralnego na polecenie innej osoby nie zdejmuje ze mnie odpowiedzialności za ów czyn.
    3. Działanie jest niemoralne, jeśli którykolwiek ze środków, których użyłem do jego realizacji, jest niemoralny lub też jeśli niemoralny jest sam cel działania.
    4. Działanie jest niemoralne, jeśli skutki, które byłem w stanie przewidzieć, uważam za niemoralne.
  5. Rezultaty działań są możliwe do przewidzenia dzięki zastosowaniu wynikania przyczynowo-skutkowego.
  6. Fakt, że inna osoba uznaje moje działanie za niemoralne, nie sprawia, że działanie staje się niemoralne.
  7. Roszczę sobie arbitralnie prawo do ograniczania swobody innych osób w każdym zakresie, którego nie uznam za niemoralny. Jestem gotów użyć dowolnych środków, które uznaję za moralne, adekwatne i skuteczne, aby egzekwować to prawo. W szczególności roszczę sobie prawo do ograniczania swobody innych osób w zakresie rozporządzania rzeczami, które uznaję za swoją własność.

Jak widać, z metodologicznego punktu widzenia, zasady moralne odnoszę jedynie do samego siebie. Dążę jednak do otoczenia się ludźmi, których zachowanie trwale i w przybliżeniu mieści się w ograniczeniach, które sam narzucam na własne działania. Nie ma dla mnie znaczenia, czy otaczające mnie osoby narzucają na swoje działania ograniczenia powodowani moralnością, czy też instynktem samozachowawczym lub potrzebami materialnymi. Istotna jest dla mnie jedynie przewidywalna trwałość owych ograniczeń.

11 myśli na temat “Moje poglądy etyczne”

    1. Rozumiem, że skończyłeś czytanie po krótkiej, wzrokowej ocenie formy? Formę dobrałem taką, a nie inną, bo chciałem swoje zdanie wyłożyć krótko, klarownie, ale i kompletnie. Po żołniersku. ;)

      Tak naprawdę jednak jest to kodeks bardzo mało skodyfikowany właśnie. Dużo mniej niż Twój „propertarianizm”. Zainspirował mnie jeden z Twoich wpisów na forum libertarian, gdzie powiedziałeś coś w stylu – czemu wyrzucać do śmieci jakąś zasadę etyczną, jeśli podoba nam się 99% rezultatów, a nie podoba nam się 1% (nie udaje mi się znaleźć dokładnego posta, niestety). To mi jakoś wierciło dziurę w głowie dłuższy czas. Uznałem, że podchodzisz od złej strony do sprawy.

      Bo faktycznie jest tak, że ostateczną instancją jest zawsze nasze sumienie. Próbujemy jakoś dobrać sobie odpowiedni „-izm” do tego, co sami już wiemy apriori dzięki introspekcji. Później co najwyżej staramy się to swoje sumienie gwałtem ociosać, żeby je do danej ideologii dopasować. I tak możemy sobie powtarzać – OK, propertarianizm jest w większości fajny, więc nie mogę nic zrobić Fritzlowi itp. Postanowiłem odrzucić ten fetysz, który każe sobie jakiś skodyfikowany „-izm” budować. Zacząłem się więc zastanawiać, jaka jest w ogóle rola rozumu w etyce. Czy można wyróżnić pewne obiektywne prawa, które nie będą jednak tej ostatecznej instancji, jaką jest sumienie, gwałcić, a będą ją raczej uzupełniać. No i na przykład – mogę przez introspekcję czuć, że biednym trzeba pomóc, więc mogę „trzewiowo” opowiedzieć się za pensją minimalną. Ale jeśli zostanie mi dowiedzione, że faktyczne skutki takiej decyzji będą inne niż początkowo sądziłem albo zostanie mi pokazane, że wiąże się to z pewnymi niemoralnymi zachowaniami, wtedy zmienię zdanie w sposób, który nie stoi w sprzeczności z moim sumieniem.

      Kolejna rzecz była zainspirowana innym Twoim wpisem, w którym powiedziałeś, że być może można sobie wyobrazić, iż taki wyjątek – naruszenie własności Fritzla – nie pociąga za sobą ogólnej degrengolady i powszechnego naruszania własności, ale tak naprawdę niebezpieczeństwo jest olbrzymie i prawdopodobnie jedno pociągnie drugie. Wtedy pomyślałem, że błędem jest myślenie o moralności jako o pewnych powszechnych zasadach, które wymyślamy dla całej społeczności. Moralność odnosimy sami do siebie. W ostateczności każdy działa zgodnie z własnym sumieniem i sam fakt, że sformułujesz jakiś skodyfikowany, minimalny i optymalny zestaw praw, nie oznacza, że ktokolwiek zechce go przestrzegać. Tak więc mówienie w tym zakresie o niebezpieczeństwie nie ma sensu. Może mieć sens jedynie w odniesieniu do prawa stanowionego, ale tutaj znowu – jako anarchokapitalista musisz uznać wyższość wolnego rynku w zakresie wyszukiwania najlepszego kodeksu. Na rynku nie wygra zapewne minimalny zestaw praw, ale taki zestaw praw, który dopasowuje się możliwie najpełniej do sumienia możliwie najszerszego grona osób. Jako właściciel „Propertiariańskiej Agencji Ochrony FatBanthy” musiałbyś posypać sobie głowę popiołem i uznać wyższość innych kodeksów, jeśli nie zechciałby z jej usług korzystać nikt prócz kilku nadopiekuńczych tatusiów. Więc znowu – nie ma tu mowy o niebezpieczeństwie.

    2. Przede wszystkim, propertarianizm sam w sobie nie aspiruje do miana stanowiska etycznego, chociaż na jego gruncie pewne rzeczy implikuje i sam z jakichś intuicji etycznych wynika. Na przykład ze spostrzeżenia, które sobie ostatnio uświadomiłem przy rozważaniu Ostatniej Wielkiej Zmiany Poglądów w Swoim Życiu, że ludzie nie staną się lepsi, gdy dylematy moralne będzie się rozstrzygało za nich, jakąś zewnętrzną wobec nich, wyspecjalizowaną instancją. Propertarianizm więc w warstwie etyki sprowadza się do moralnego leseferyzmu i możliwości niezakłóconego testowania w empirii dowolnych stanowisk moralnych, tam gdzie jesteśmy władni to czynić, ćwicząc się w sferze etycznej. Najsłabsze, z jakichś powodów, propozycje odpadają, nie są replikowane, bądź ich powielanie jest kosztowne.

      Piszesz, że próbujemy dopasowywać sumienie do najbliższej mu ideologii, a Ty odrzucasz taki fetysz, chociaż dopuszczasz możliwość kształtowania sumienia przez rozum. No więc jeśli wziąć pod uwagę, że za powstanie ideologii także odpowiada rozum, to tak czy owak, fetyszu tego nie odrzucasz. Chyba, że chodzi Ci o te, kształtowane przez rozum kogoś innego niż ty sam.

      Sprawy Fritzla, 1% czy propertarian kastrujących sumienie, zasadza się w pytaniu o pochodzenie i przesłanki przyjęcia danej ideologii. W moim wypadku, jak sądzę, samo wytworzenie bądź przyjęcie propertarianizmu wzięło się właśnie głównie z refleksji moralnej, pytania „Czy słusznie jest wyręczać innych ludzi z rozwiązywania problemów natury etycznej, uznając siebie samego w tej kwestii za bardziej kompetentnego, przy dopuszczeniu uzasadnionych wątpliwości, że w wyniku tego działania, sami staną się jeszcze mniej kompetentni i doprowadzi się ich poprzez nie do swego rodzaju wyuczonej, etycznej bezradności?”, udzielenia sobie odpowiedzi „Nie.” i znalezienia odpowiedniej, już pragmatycznej, bo terytorialnej granicy dla jurysdykcji swego sumienia.

      Przynajmniej w moim przypadku nie jest więc tak, że musiałem podporządkowywać swoje sumienie zewnętrznej wobec niego ideologii, wręcz przeciwnie – przyjąłem ją i wytworzyłem z powodu własnego sumienia, które w zasadzie samoograniczyło własną rolę pod wpływem refleksji. Propertarianizm jest więc próbą zaklęcia tej intuicji w coś ponad-subiektywnego. W polityczną propozycję, na niej opartą: przyjmijmy taki system organizacji społecznej, który sprawi, że będziemy zachowywać się raczej zgodnie z nią, niż wbrew niej.

      Oczywiście, to ograniczenie roli, a przede wszystkim zasięgu sumienia jest najbardziej nieintucyjne, jako że to z trudem poddaje się jakimś formalnym, abstrakcyjnym zasadom, oparte jest w głównej mierze na czystych emocjach, ale jeśli ktoś przejawia podobną intuicję i na powyższe pytania odpowie sobie podobnie, nie będzie miał problemu z zaakceptowaniem propertarianizmu, uzna bowiem samodzielność w sferze etycznej za priorytet, który warto okupić istnieniem ludzi takich jak Fritzl, na którego zachowania nie będzie chciał mieć wpływu, właśnie w imię doskonalenia pod tym względem – ogółu. A kto się z nią nie zgodzi, nie zaakceptuje też proertarianizmu.

      Inna sprawa, że ja za bardzo nie widzę sensu w uprawianiu etyki dla samego siebie, w takim sensie jak to robisz w tym wpisie. Etyka siłą rzeczy ma mieć uniwersalne odniesienie. Jeśli nie ma, jest zwykłym opisem. A nie ma nim być, ma być normatywna. Zresztą spisywanie jakiegoś swojego kodeksu postępowania, jeśli nie ma to żadnych zastosowań dla innych, przypomina masturbację. Niby można nazwać to seksem, ale przecież do końca nim nie jest.

      A co dla mnie wynika z tego, że napisałeś to, co napisałeś? I tak w żaden sposób nie powie mi:
      - jak mam zachowywać się w Twoim towarzystwie?
      - dlaczego mam to robić?
      - skąd w zasadzie to wiadomo?

    3. „dopuszczasz możliwość kształtowania sumienia przez rozum”

      Tak, w zakresie rozbijania kwestii na czynniki pierwsze. Nikt nie czuje chyba, że płaca minimalna jest moralna sama z siebie. Możemy uznawać płacę minimalną za moralną, bo czujemy, że moralne są jej skutki, które na pierwszy rzut oka przewidujemy. Jeśli ktoś pokaże, jak wyglądają faktyczne skutki albo na czym dokładnie polega wprowadzanie płacy minimalnej, wtedy zmieniamy nasze postrzeganie. Nie ma tu ciosania. Jest jedynie rozbijanie kwestii na elementarne części istotne z punktu widzenia określonego, jednostkowego sumienia. Oczywiście, jeśli możliwy do pomyślenia kosmita odczuwa płacę minimalną jako moralną, atomową wartość samą w sobie, wtedy nie ma już tu miejsca na rozum i rozbijanie.

      „Propertarianizm jest więc próbą zaklęcia tej intuicji w coś ponad-subiektywnego.”

      A mi się wydaje, że w tym właśnie tkwi niebezpieczeństwo. Można powiedzieć, że czuję fundamentalną niezgodę moralną na Sade’owski pomysł „hartowania sumienia”, rugowania naturalnych odruchów sumienia i przytępiania owych odruchów przy użyciu jakiejś nadrzędnej, wypowiadalnej słowami zasady. Być może uznaję po prostu, że etyka jest z zasady niemoralna.

      „Czy słusznie jest wyręczać innych ludzi z rozwiązywania problemów natury etycznej, uznając siebie samego w tej kwestii za bardziej kompetentnego, przy dopuszczeniu uzasadnionych wątpliwości, że w wyniku tego działania, sami staną się jeszcze mniej kompetentni i doprowadzi się ich poprzez nie do swego rodzaju wyuczonej, etycznej bezradności?”

      Zgadzam się, ale z tym zastrzeżeniem, że jest w tym jakaś próżność – stawiać się w roli osoby, która jest zdolna w ogóle do tego, żeby doprowadzić innych do stanu bezradności. :)

      Być może to jest ta różnica też – uznaję, że mam władzę jedynie nad samym sobą i swoją własnością, i dlatego odnoszę zasady moralne jedynie do siebie. Nie roszczę sobie prawa do tego, żeby narzucać innym jakąś zasadę terytorialnej nietykalności. Mogę co najwyżej manifestować przekonanie, że zamierzam o własną terytorialną nietykalność walczyć. Jeśli natomiast budowałbym własne osiedle w akapie, próbowałbym w nim przeforsować zasady zgodne z moim prywatnym sumieniem i Fritzl nie miałby wstępu. Trochę jest tak, że narzucając powszechny propertarianizm, a więc powszechną nietykalność terytorialną, rościsz sobie, wedle propertariańskich definicji, prawo własności do całej kuli ziemskiej, co jest wewnętrznie sprzeczne. Możesz przecież narzucać reguły jedynie wewnątrz własnego terytorium.

      A tak na marginesie – z nieszczęsnym Fritzlem rzecz nawet nie tyle w tym, że musiałbym ciosać sumienie, żeby na niego nie napaść, ale musiałbym je ciosać, żeby osądzić, a w rezultacie napaść na osobę, która na Fritzla napadła.

      „Etyka siłą rzeczy ma mieć uniwersalne odniesienie. Jeśli nie ma, jest zwykłym opisem. A nie ma nim być, ma być normatywna. Zresztą spisywanie jakiegoś swojego kodeksu postępowania, jeśli nie ma to żadnych zastosowań dla innych, przypomina masturbację.”

      Jest opisem, owszem. Ale skoro ludzie widzą sensowność opisywania swojego gustu estetycznego (muzyka, filmy itp), czemu nie mielibyśmy opisać i tego? To ma być też zresztą dyskusja z sensownością uprawania etyki w ogóle. Przedstawiając swoje zdanie prowokuję czytelnika do zajęcia stanowiska i, być może, zweryfikowania własnych poglądów.

      „A co dla mnie wynika z tego, że napisałeś to, co napisałeś? I tak w żaden sposób nie powie mi:
      - jak mam zachowywać się w Twoim towarzystwie?
      - dlaczego mam to robić?
      - skąd w zasadzie to wiadomo?”

      W większości przypadków wchodzisz w relację z osobami, których przynależności ideologicznej nie znasz. Robisz pewne założenia wynikające ze zdrowego rozsądku, doświadczenia, kultury, w której się wychowałeś. Tak jak napisałem – celem tego wpisu nie było ułatwienie Ci życia w tym zakresie. :)

    4. „Tak, w zakresie rozbijania kwestii na czynniki pierwsze.”

      No a jaki problem w tym, żeby z rozbitych na czynniki pierwsze kwestii poskładać później jakąś całość? To, że ludzie spotykający się z nią, nie przechodzą podobnej, świadomej drogi?

      „Można powiedzieć, że czuję fundamentalną niezgodę moralną na Sade’owski pomysł „hartowania sumienia”, rugowania naturalnych odruchów sumienia i przytępiania owych odruchów przy użyciu jakiejś nadrzędnej, wypowiadalnej słowami zasady.”

      Na to nic Ci nie poradzę. :) Ja niczego nie musiałem rugować, ani przytępiać. Podporządkowanie nadrzędnej, wypowiadalnej słowami zasadzie przyszło całkiem naturalnie, poprzez sumienie właśnie i rozbijanie kwestii na czynniki pierwsze.

      „Zgadzam się, ale z tym zastrzeżeniem, że jest w tym jakaś próżność – stawiać się w roli osoby, która jest zdolna w ogóle do tego, żeby doprowadzić innych do stanu bezradności. :)”

      No ba! Oczywiście, że jest. Rozmawiasz przecież z eks-arystokratą duchowym, pierwszym romantykiem Salezjańskiego Zespołu Szkół Publicznych, a to zobowiązuje do megalomanii! Rząd dusz i te sprawy… ;)

      Może nie stawiałem się w dokładnie takiej roli, ale zdawszy sobie sprawę z samego kierunku zagrożenia do jakiego prowadzi, zwątpiłem w słuszność tego stanowiska. I zobacz do czego doszedłem – spodziewanie, do jego przeciwieństwa.

      „Trochę jest tak, że narzucając powszechny propertarianizm, a więc powszechną nietykalność terytorialną, rościsz sobie, wedle propertariańskich definicji, prawo własności do całej kuli ziemskiej, co jest wewnętrznie sprzeczne. Możesz przecież narzucać reguły jedynie wewnątrz własnego terytorium.”

      A czy ja narzucam powszechny propertarianizm? Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Przez etykę?Oczekiwania? Nie przesadzasz?

      „A tak na marginesie – z nieszczęsnym Fritzlem rzecz nawet nie tyle w tym, że musiałbym ciosać sumienie, żeby na niego nie napaść, ale musiałbym je ciosać, żeby osądzić, a w rezultacie napaść na osobę, która na Fritzla napadła.”

      Nie napadajcie, abyście nie byli napadnięci! Czyli znowu mimochodem wracamy do jakiejś formy non-agression principle. Nie podoba Ci się jej uniwersalizm i neutralność względem każdej nie-napastniczej moralności w tym wydaniu? Ona faktycznie nie pozostawia wiele miejsca na partykularyzmy, także partykularyzm sumienia. Stąd się zresztą później bierze pokusa majstrowania przy definicji agresji u libertarian, żeby jakoś przeforsować swoje upodobania moralne.

      Ja się postanowiłem wznieść ponad to. Moim upodobaniem moralnym jest powściąganie swoich partykularyzmów, cisza i święty spokój. Nie obchodzi mnie, z jakich powodów ktoś napada na klinikę aborcyjną czy Fritzla. Mąci wodę, a ja nie lubię mącenia wody i narzucania swoich gustów, tak muzycznych, jak moralnych ludziom, którzy sobie tego nie życzą.

      To oczywiście też jest jakiś partykularyzm, tylko rozumiany w sposób negatywny i dużo bardziej ogólny. Co przypomina mi tę scenę:

      https://www.youtube.com/watch?v=lKQFPahVfOs

      Zostawciesiękurwawświętymspokoju-izm w czystym wydaniu.

      „W większości przypadków wchodzisz w relację z osobami, których przynależności ideologicznej nie znasz. Robisz pewne założenia wynikające ze zdrowego rozsądku, doświadczenia, kultury, w której się wychowałeś.”

      To prawda. Ale one nie obiecują przedstawić mi swoich poglądów etycznych. :P

    5. „No a jaki problem w tym, żeby z rozbitych na czynniki pierwsze kwestii poskładać później jakąś całość?”

      Żaden. Z tym, że, w moim przynajmniej przypadku, ta całość nie będzie opisywalna słowami, a tym bardziej – jednym słowem lub jedną zasadą. Musiałbym nagiąć tu i ówdzie.

      „A czy ja narzucam powszechny propertarianizm? Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Przez etykę?Oczekiwania? Nie przesadzasz?”

      No przez etykę, przez tworzenie systemu normatywnego. Twierdzisz, że libertarianie bezzasadnie próbują innym narzucić NAP. Ale tak samo Ty próbujesz bezzasadnie narzucić innym konieczność respektowania swoich terytoriów. Nie widzę różnicy między jednym a drugim w tym zakresie.

      „To prawda. Ale one nie obiecują przedstawić mi swoich poglądów etycznych. :P”

      Poglądy antypolityczne są poglądami politycznymi, a więc poglądy antyetyczne są poglądami etycznymi. :) Poznałeś je.

  1. „No przez etykę, przez tworzenie systemu normatywnego. Twierdzisz, że libertarianie bezzasadnie próbują innym narzucić NAP. Ale tak samo Ty próbujesz bezzasadnie narzucić innym konieczność respektowania swoich terytoriów. Nie widzę różnicy między jednym a drugim w tym zakresie.”

    Samo tworzenie systemu normatywnego nie jest jego narzucaniem, chociaż taką możliwość otwiera. Nawet jego proponowanie nie jest narzucaniem.

    Poza tym, wątpię abym „tak samo” bezzasadnie cokolwiek narzucał, skoro omijam cały bzdurny etap z uzasadnienia umową społeczną, własność wywodząc z praktyki powstrzymywania się z korzystania ze wszystkich swoich domyślnych uprawnień, poza obszarem, który będzie przez powstrzymującego się za takową uznany.

    To, że tygrys szczerzy kły i na Ciebie warczy, broniąc swojego terytorium, nie znaczy wcale, że obowiązuje was umowa społeczna zakładająca istnienie własności prywatnej oraz katalogu dostępnych mu praw, w którym znajdują się pozycje: szczerzenie kłów, warczenie, którą zawarliście. Ani, że Ci swym warceniem formułuje i narzuca system normatywny. On Ci jedynie sugeruje, że możesz mieć problem nie schodząc mu z drogi. Tyle.

    Chyba, że chodzi Ci o arbitralizm rozstrzygnięcia, że ludzie w stanie natury, którzy niczego sobie nie obiecywali, nic nie są sobie winni i nie mogą oczekiwać od siebie czegokolwiek. Ale w środowisku wolnościowym akurat to nie powinno budzić protestów, w przeciwieństwie do rozstrzygnięcia twierdzącego, że domyślnie są sobie coś winni. Na przykład przestrzegania wydumanej NAP.

    Jeśli o to chodzi, arbitralne wtedy stają się wszystkie stanowiska o czymś rozstrzygające, z racji bycia stanowiskami. Natomiast libertarianie są pretensjonalni nie dlatego, że dokonują arbitralnych rozstrzygnięć, bo to robią wszyscy, a dlatego, że część tych rozstrzygnięć opiera się o milczące założenia, że ludzie swoje prawa (o których libertarianie wspominają) zgodzili się zadysponować dokładnie tak, jak się to podoba libertarianom. Na przykład, że agresję będą interpretować dokładnie tak, a nie inaczej. Natomiast gdy ktoś oponuje, powołując się właśnie na te prawa i chęć odmiennego ich dysponowania, robi się afera.

    Najpierw twierdzą, że właściciel ma wyłączność do decydowania o swoich rzeczach, ale okazuje się, że jednak jej w pewnych momentach nie ma. I tak, kiedy codziennie mógłby sobie kosić swoją trawę, swoją kosiarką, to gdy raz skosi ją wraz ze śpiochem, którego i tak sobie nie życzył w tamtym miejscu, jest jakieś halo. Wyłączność kontroli nad własnością okazuje się być względna i zależna od obecności intruzów.

    A ja, mimo swojej arbitralności, tego nie robię. Rozstrzygam, za Hobbesem, że domyślnie ludzie mają wszelkie prawa do wszelkich rzeczy i czynów, więc przyznaję im całkowitą autonomię działania (czyli nie uznaję istnienia jakiejkolwiek umowy zawężającej katalogu ich praw i ich zasięgu), natomiast zauważam, że taki stan jest wysoce konfliktogenny (słynna wojna wszystkich ze wszystkimi) i rozwiązać ten problem można przez ograniczenie tejże autonomii do jakiegoś terytorium. I propozycję ładu opartego na praktyce powściągania prób realizacji swoich celów poza terytorium uznawanym za swoje, zapewniającą przewidywalność i zwiększenie szans na osiągnięcie wielu celów przez wielu ludzi, nazywam propertarianizmem.

    Natomiast nie zrzekam się tych praw czy nie powściągam zakresu terytorialnego ich obowiązywania za kogoś, ani nie mówię jak ma to robić. A libertarianie to właśnie robią! Dlatego moje stanowisko w porównaniu z libertarianizmem, jest bardziej opisowe, niż normatywne. Przez to, że jest formułowane negatywnie w dużo mniejszym stopniu narzuca człowiekowi jakąś etykę.

  2. Chociaż oczywiście implikuje, że pewne stanowiska będą bardziej opłacalne niż inne. Ta bardzo mi bliska, też się do takich zaliczy. :) Ale nie zostanie podana na talerzu z napisem „Musisz!”. Nie musisz, z definicji nic nie musisz. Nie ma żadnego Rothbarda, który Ci każe. Jeśli ją przyjmiesz, to dlatego, że praktyka Cię do tego skłoni, jak ten tygrys. Nikt nie będzie Ci tworzył teorii moralnego obowiązku dokonania takiego wyboru.

    Być może podobnie wpływam na zaistnienie W PRAKTYCE konieczności respektowania swoich terytoriów; zaznaczając że to korzystne, gdy chcemy bez przeszkód ze strony innych ludzi dążyć do własnych celów. Ale to ostatecznie osoby chcące osiągać swe cele w sposób nieskrępowany, uznający moje spostrzeżenie, spowodują zaistnienie takiej konieczności, przez takie korzystanie ze swoich praw, które skutkować będzie jej powstaniem. One swymi chceniami, a nie ja, z jakąś normą czy nakazem.

    „Tak samo”? No bez jaj. Libertarianie chcą systemu wspierającego i nakłaniającego wszystkich do przyjęcia ich libertariańskiej moralności, ja chcę systemu umożliwiającego istnienie wielu moralności, w tym także i libertariańskiej obok siebie.

    Mogę się zgodzić z tym, że wszyscy czegoś chcą, ale nie wszyscy chcą tego bezprawnie. Bezprawie wynika tu z naruszenia uznanych przez siebie uprzednio praw jednostek. Ja nie mam wielu możliwości ich naruszenia, skoro na początku za Hobbesem uznaję, że wszyscy domyślnie mają prawo do czynienia wszystkiego, dopóki się tego nie wyrzekną. Jeśli gdzieś ludzie nie będą schodzić sobie z drogi i respektować swojej własności, uznam po prostu, że nie mamy tam propertarianizmu, chociaż katalog praw pozostanie nienaruszony.

    Natomiast libertarianie nie potrafią uzasadnić czemu ten katalog praw powinien być węższy w takim a nie innym stopniu, dlaczego NAP powinno być przestrzegane, mimo tego, że ktoś może być tym niezainteresowany. Bo nawet te rozważania Rothbarda o samoposiadaniu i wykluczenie możliwości, że każdy należy do każdego, albo nikt do nikogo, nie są tak naprawdę wiążące. Stwierdza on tam, że potencjalnie wszystko inne poza samoposiadaniem byłoby po prostu absurdalnie niepraktyczne i niewygodne bądź krępujące, ale to nie jest wystarczający powód, by uznawać z góry konieczność przyjęcia tej koncepcji, a tym bardziej zmuszać innych do jej przyjęcia.

  3. No ale dobra, przyjmijmy że każdy się samoposiada. To jest główne źródło jakichkolwiek uprawnień jednostki w libertarianizmie. Chroni na przykład przed popadnięciem w niewolę, bo nikt nie może nas posiadać, gdy tego nie chcemy. Z pozoru super, ale tylko do momentu popełnienia jakiegoś przestępstwa. Libertarianie są dość ekstrawaganccy i chcą pogodzić samoposiadanie z sądami. No to OK, sąd nas skazuje, mamy płacić grzywnę, odpracować coś, albo odsiedzieć czy jak już bardzo narozrabiamy, to pozbawią nas życia. Nieistotne teraz jest, że jak w każdej dobrej bajce, zło musi być ukarane, przyjrzyjmy się raczej transferowi uprawnień, w tym wypadku tego samoposiadania. Jakie są kryteria, które trzeba spełnić, by je utracić? Kto o tym decyduje? I z jakiej racji następuje przejęcie czyjegoś życia i robienie z nim, co się władzy sądowniczej podoba, włącznie z zakończeniem? Zwłaszcza gdy pełniący takie obowiązki też posiada przecież tylko sam siebie… No ale siłą rzeczy ma istnieć jakiś system karny, w którym ludzie będą ubezwłasnowolnieni, których ciała będące przecież ich własnością, będą przenoszone często wbrew ich woli do jakichś miejsc odseparowania. Z tego wynika, że można przestać się posiadać i kto inny może przejąć nasze uprawnienia. Ale na jakiej zasadzie? Nie może nas chyba ot tak zawłaszczyć, bo libertarianie musieliby uznać też jakieś porwania matrymonialne jak u Cyganów, nie wiąże się to z pewnością z superuprawnieniami sędziów, bo nie są nadludźmi i sam urząd też nie nadaje im uprawnień, których uprzednio by nie posiadali – gdyby tak było, to by się zanosiło na państwo, którego przecież ma nie być. No więc jedynym sensownym rozwiązaniem jest uznanie, że sam skazany musi je przekazać. Ale kiedy, jak i dlaczego miałby to robić? Na czyją rzecz miałby się zrzekać? Na korzyść właściciela, na którego terenie dokonano przestępstwa, jak chcieli propertarianie, gdy jeszcze uznawali się za libertarian? Ofiary? Sędziego? A dlaczego tak, a nie inaczej? Co decydowałoby o tym, co jest przestępstwem, a co nim nie jest? Rynek? Na jakim obszarze? Kamienicy? Dzielnicy? Miasta? Kontynentu? A czemu nie jednostka, skoro libertarianizm miał być taki oddolny i indywidualistyczny? Ostatecznie, przy komunitariańskim nastawieniu ortodoksów skończyło się na prawie zwyczajowym, czyli w kwestii przekazywania uprawnień na jakiejś formie umowy społecznej, której się formalnie nie podpisuje, ale ona działa, może nawet od urodzenia. Generalnie wniosek był taki, że samoposiadasz się, dopóki ktoś, kto ma prawną możliwość, nie wiadomo z czego wynikającą, Cię nie ukradnie i nie można postulować, aby to był właściciel ziemi, który ustali za co Cię zawłaszczy, bo tak robi państwo, a państwo jest złe i libertarianie z nim walczą. Czyli uzyskaliśmy mniej więcej taką prawdę, że żyjesz dopóki nie umrzesz. To jest zresztą nagminne, że o samoposiadaniu mówi się tam, gdzie to wygodne, natomiast zahaczając o kwestie prawne, gładko przechodzi się do opisu praktyki, a nie uzasadnia się nigdy tego w jaki sposób jednostki, które mogą posiadać wyłącznie siebie, mogą w pewnych okolicznościach przejmować kogoś innego bez jego zgody i z czego miałoby to wynikać.

    Innymi słowy, libertarianizm działać w praktyce może tylko wtedy, gdy zignoruje uprawnienia, które uprzednio nadał jednostkom, gdy przestaną być one [uprawnienia] użyteczne do celów, które musi realizować, by być sensowną propozycją. I na tym polega właśnie owo bezprawne narzucanie. Na nietrzymaniu się własnych założeń i oczekiwaniu podporządkowania doktrynalnym rozstrzygnięciom, mimo że one naruszają pakiet uprawnień najbardziej podstawowy.

  4. Co najzabawniejsze, libertarianizm mógłby działać, ale dopiero gdyby oprzeć go właśnie na hobbesowskiej teorii praw i takimże ich katalogu. Tam gdzie nikt się do niczego by nie zobowiązywał, tam nie byłby do niczego zobowiązany. Natomiast tam gdzie libertarianie zobowiązaliby się do utrudniania życia swoimi aksjomatami i ich interpretacjami przy implementacji swojego ładu, każdemu kto się napatoczy, tam każdy kto wchodzi, wiedziałby, że korzystają ze swojego przyrodzonego uprawnienia, mogą robić różne głupoty i truć rzyć niespójną teorią, bo nie ma rzeczy do której każdy nie miałby uprawnienia, jeśli się go nie zrzekł, a oni nie zrzekli się męczenia ludzi niespójnymi teoriami, jeśli więc nie chciałby w tym uczestniczyć, to nie wchodziłby im w drogę albo jeszcze lepiej, zszedłby z niej. Natomiast to zredukowałoby libertarianizm do jednej z wielu propozycji, a przecież miał on zwyciężyć, bo jak powiedział klasyk, jest prawdziwy. No i ostatecznie samoposiadanie nie byłoby obiektywnym nośnikiem wszelkich uprawnień jednostki i jednocześnie powodem i źródłem ich istnienia, tylko relatywnym ich źródłem w jednym z wielu układów odniesienia.

    Nie mogę narzucać nikomu propertarianizmu, uprzednio proponując teorię uprawnień Hobbesa. Mogę w jej ramach proponować jego osiągnięcie przez wielostronne, dobrowolne, terytorialne ograniczenie swoich uprawnień i zobowiązanie się do nie korzystania z nich poza tym, co uznaje się za swoje, bez zgody tego, kto zrobiłby podobnie kawałek obok. Gdy ktoś nie będzie chciał się zrzekać, to się nie zrzeknie i już.

    Proponowanie dobrowolnego zaprzestania robienia czegoś poza jakimś obszarem, nie jest chyba narzucaniem czegokolwiek. Uznanie szerokiego katalogu uprawnień, czyli dopuszczenie, że człowiek może robić co chce, dopóki się nie zobowiąże, że nie będzie tego robił, też nie jest narzucaniem czegoś, ani nakazywaniem, co najwyżej obojętnym przyzwoleniem na dowolne działania do momentu obietnicy zaprzestania ich czynienia. Momentu dużo dalej posuniętego niż u konkurencji, która już z tego właśnie powodu, nie powinna czynić mi zarzutu, że cokolwiek narzucam, skoro nie narzucam nawet w przybliżeniu tak wiele jak ona sama.

    A że moja obojętność ma wpływ na tworzenie ładu, który komuś może nie odpowiadać? Że niby nic nie robiąc, coś robię i w ten sposób coś narzucam? To nie mam ucieczki od narzucania – zjem śniadanie, to narzucę komuś stan świata, w którym zjadłem śniadanie. Nie zjem, to narzucę taki, w którym nie zjadłem. Czegokolwiek bym nie zrobił, jestem zamordystą. Więc ja nie widzę, gdzie sensownie można powiedzieć, że narzucam coś „tak samo” jak libertarianie, poza tym, że piszę literki w necie, tak samo jak oni to czynią i to co obmyśliłem też kończy się na -izm.

    Co zaś się tyczy sensu uprawiania etyki, sądzę że nie ma takiego, zwłaszcza gdy operujemy w środowisku wolnościowym, gdzie siedzą sami niczeaniści i sztirnerowcy. :D

    Między innymi dlatego zdecydowałem się ją kamuflować w ideologii, jest wtedy bardziej strawna, a ludzie wolą sobie o niej opowiadać poprzez spekulowanie o określonych systemach i tego jak będą działać, niż w oderwaniu od nich, gdy wprost wiadomo, że jakieś stanowiska będą czegoś od nich wymagać albo co gorsza, będą formułowane w formie rozkazów.

    Pampalini założył bloga, żebym w komentarzu mógł zamieścić więcej znaków, niż on sam we wszystkich notach. :P

  5. P.S. Blogspot jest ch***** z tym limitem objętościowym w komentarzach. WordPress rządzi pod tym względem.

    Ja daję na swoim blogu możliwość wygadania się swoim gościom. A Ty mi mówisz o narzucaniu… :P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>